piątek, kwiecień 18, 2008

Miałem tego nie robić

Miałem nie komentować ostatniego wpisu PJ o bezpieczeństwie. Rozbawiła mnie uwaga, że jakoby fakt czytania portalu przez pracowników instytucji rządowych samoczynnie poprawia bezpieczeńśtwo informatyczne tychże. Cóż. :)

Miałem zatem nie komentować, jak większości jego wpisów. Ale postanowiłem jednak przeanalizować ten fragment:
A tak, wolą zorganizować przetarg i wydać 40/50 tysięcy złotych na hosting, zrzucić z siebie jednocześnie odpowiedzialność (mieć kozła ofiarnego), zamiast zainwestować mniej niż 1 tysiąc zł. w maszynkę i przydzielić ją w miarę rozgarniętemu administratorowi. Cena takiej maszyny uzależniona jest oczywiście od przeznaczenia, jakie będzie spełniać. Jeśli mówimy tu jednak o zwykłym utrzymywaniu serwisu internetowego, sprawa wygląda bardzo trywialnie. Ok, wiemy już, że instytucje rządowe wolą wydawać astronomiczne sumy na roczną usługę hostingową, niż tysiąc złotych na maszynę pod serwis internetowy + kilka zabiegów administracyjnych, celem wydzielenia jej z sieci (DMZ).
Niezainteresowanych całością informuję, że chodzi o niedawne włamanie na stronę Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. PJ sugeruje, jakoby utrzymanie portalu kosztowało:

  1. Komputer na serwer - 1 kpln

  2. Koniec


Asekuruje się wprawdzie stwierdzeniem, że cena zależy od zastosowań, natomiast niepokoi mnie co innego: osoba kreująca się na ogólnopolskiego specjalistę od bezpieczeństwa sugeruje złom za 1 kpln na serwer do obsługi czegokolwiek.

Zacznijmy od początku. Sensowny komputer klasy serwerowej na utrzymanie portalu to minimum 3,5 kpln. Przy czym nie jestem pewien, czy wytrzymałby ewentualne obciążenie. Ale powiedzmy, że tak. Tylko że jeden to trochę mało. Zakładamy, że serwis powinien mieć wysoką osiągalność, a więc dobrze byłoby go wpiąć w HA Cluster, na przykład. Co daje minimum dwie maszyny, najlepiej takie same. Do tego jakieś rozwiązanie archiwizacji. Do tego stworzenie, uaktualnianie i czasowe testowanie procedur odzyskiwania danych w przypadku awarii. Do tego koszt kontraktu SLA na komputery, bo przecież nigdy nie wiadomo, co i do jakiego stopnia się zepsuje. Do tego dochodzi koszt pracowniczy administatorów, bo, bądźmy szczerzy, jeden administrator to może zarządzać prywatnym serwerem Kowalskich, ale nie serwerem rządowym. Więc przynajmniej dwóch, jeśli nie więcej. Raczej więcej, bo chcemy też jakieś dyżury nocne, a ustawa gwarantuje, że po przepracowaniu 8 godzin pracownik ma 11 godzin odpoczynku i nie może dyżurować nawet z domu. Do tego ścieżka rozwoju dla nich, bo przecież nie chcemy, żeby cofali się w rozwoju. I pewnie jeszcze kilka innych elementów. I nagle całkiem sensowne staje się kupienie tej usługi u firmy, która specjalizuje się w administrowaniu serwerami. Wszystkie te niewygodne, czasochłonne i skomplikowane czasem logistycznie szczegóły zamykają nam się w jednej pozycji na fakturze. Do tego podpisujemy umowę z odpowiednimi klauzulami o odszkodowaniu w razie czego i jeszcze kilku punkach, o których dobrzy prawnicy z pewnością pomyślą. Tylko fakt faktem, że firma hostingowa powinna być profesjonalna.

Tyle w ramach przemyśleń.

5 komentarze:

Maciej Jan pisze...

Niestety, problemy sa dwa. Po pierwsze, wiekszosc pseud specjalistow od zarzadzania IT wierzy gorionowi bo byl w TVN. Po jego slawetnym wystepie w "Teraz my" mialem kilkanascie telefonow od kierownikow roznego szczebla. Czesc panikowala i chciala go zatrudniac, czesc powaznie sie martwila czy ich systemy tez sa takie dziurawe. 15 minut bzdur goriona w TV trzeba bylo odkrecac przez pare dni.
Secundo, w budzetowce logika jest inna. Serwery to czesto pecety, ktore na desktop juz sie nie nadaja. Admin to p. Mietek ktory jednoczesnie helpdeskuje, przestawia meble i naprawia telefony. Nikt sie nie martwi jego rozwojem. Przeciez z budzetowki sie odchodzi tylko na emeryture a jak p. Miecio dobrze robil telefony w latach '90tych to i teraz jest specem. Fakt, outsourcing jest najlepszym rozwiazaniem, ale ludzie sie go boja. Raz, ze koniecznosc przetargu, dwa ze psychiczna bariera pt. "ktos ma nasze dane". Wiec wola dac p.Mieciowi peceta z magazynu i niech szaleje. Przykre ale tak jest.

A co do sciezki rozwoju, to niestety, wiekszosc pracodawcow rozumuje - jak sie czegos nauczy to sie zwolni. To niech bedzie glupi ale robi dla nas.

Trochej pisze...

Jeśli tak jest, to bardzo źle. Natomiast jeśli ministerstwo decyduje się na hosting zewnętrzny, to zapewne w nadziei, że wszyastkie trudne sprawy, o których wspomniałem, zostaną załatwione i samo nie musi się martwić. Słusznie z ich strony, moim skromnym zdaniem.
W ogóle, jeśli o PJ chodzi, to łatwo krytykować innych w sprawie włamania, a samemu zwalać na niekompetencję firmy hostingowej. Ale cóż, PJ już udowadniał, że jego prawda jest najbardziejsza.

Maciej Jan pisze...

Pytanie tylko, czy ministerstwo ma pracownika, ktory umie wybrac dobra firme hostingowa a potem ja nadzorowac.

Trochej pisze...

No wiesz, ja na przykład nie umiem sprawdzić kompetencji hydraulika osobiście, ale sprawdzam mu wtedy referencje. :)
Metody są, stosowane od dawna, nawet dość dobrze się sprawdzają. Musi się komuś, oczywiście, chcieć.
Nie demonizowałbym tych biednych ministerstw zbytnio, tam pracują też łebscy ludzie. Nie popełniajmy błedu PJ: on utożsamia adres premier.gov.pl w logach z odwiedzinami Premiera, my zaczynamy utożsamiać niedoróbki Ministrów z pracownikami Ministerstw. :)
Nie umiem ocenić kompetencji osób wybierających ofertę, nie wiem nawet, czy to był przetarg. Rozumiem natomiast doskonale chęć urzędu wyprowadzenia takich usług od siebie. Wyjaśniłem moim zdaniem dość dokładnie dlaczego rozumiem. Spodziewam się, że to nie tylko chęć zdjęcia z siebie odpowiedzialności, ale być może także świadomość, że przygotowanie i utrzymanie takiej usługi na wysokim poziomie i zgodnie z prawem jest kosztowne i niekoniecznie wystarczy maszyna za 1 kpln i jeden rozgarnięty admin. Inna kwestia, czy faktycznie wybrali dobrze. Jeszcze inna kwestia, jakie mieli ograniczenia przy wyborze firmy utrzymującej usługi. Może warunki brzegowe i graniczne były takie, że te naprawdę dobre centra po prostu odpadały w przedbiegach?

Maciej Jan pisze...

Po poltora roku wspolpracy z jedna z agend rzadowych moge powiedziec tyle, ze zatrudniaja tam myslacych ludzi, ale myslec im nie daja. Rozsadnie myslacy informatyk i tak ma nad glowa dyrektora z partyjnego nadania. Albo sie dostosuje i pracuje, albo musi zmieniac robote. To sie nazywa dobro negatywny, ale niestety ma to miejsce. Nie przecze, ze gdzie indziej moze byc lepiej. Ale wszedzie informatyk ma na glowie ciagla walke z przepisami i przelozonymi.